W poniedziałek 1. sierpnia 2011 r. rozpoczął się kolejny (piąty) studencki obóz wykopaliskowy w Lisowicach! Przez najbliższy miesiąc grupa studentów z całej Polski i nie tylko będzie próbowała rozwikłać zagadki sprzed 200 milionów lat. Przeczytaj opisy kolejnych dni:
I dzień
Doświadczenia kilku lat pokazują, że początki wykopalisk mają swoją specyfikę. Przez pierwsze dni klimat jest inny. Lubię ten czas. Ludzi jest mało, nie wszyscy się znają. Pierwsze wrażenie, pierwszy kontakt z terenem, pierwsze kości. To wszystko wywołuje przyjemną ekscytację. Potem człowiek się przyzwyczaja i wszystko leci swoim torem. Tak było i tym razem.
Rano po śniadaniu Tomek, Marian, Krzysiek i Yasmina zabrali mnie samochodem. Potem dołączyły do nas Marlena i Hania. Zakupy, rozpakowanie rzeczy w Lisowicach i pojechaliśmy na krótko do cegielni. Przyszedł czas na pierwsze uderzenie młotkiem…
Nie przystąpiliśmy jednak do regularnego kopania. Naszym celem było zaplanowanie działań na najbliższe dni i przeglądanie hałd w poszukiwaniu drobnych kości, które wypłukała woda. Lipcowe deszcze były łaskawe. Już po krótkiej chwili natknęliśmy się na pierwsze okazy. Najpierw kawałek kości jakiegoś gada, potem ząb ryby dwudysznej… Największą niespodzianką był jednak ząb Smoka znaleziony przez Yasminę. Dwie godziny zaowocowały około 10 okazami. W nagrodę czekał obiad. Deserem był wyjazd do Krasiejowa. Przywitaliśmy się z tamtejszą ekipą i wysłuchaliśmy seminariów, które przygotowali w ramach przedmiotu „Paleobiologia terenowa”. Z zaciekawieniem obejrzeliśmy nowy domek, w którym mieszkali. W międzyczasie dołączył do nas Kamil. Na zakończenie był słodki akcent. Otrzymaliśmy od firmy Sante, która częściowo nas sponsoruje, stos kartonów z różnymi smakołykami. Jadąc samochodem i po powrocie do bazy udzieliła nam się obozowa atmosfera – pikantne dowcipy, dużo śmiechu, długie rozmowy… Zaczęliśmy się lepiej poznawać
Utahraptor
II dzień
Drugi dzień w Lipiu Śl. był pierwszym dniem z koparką. Przywitaliśmy się z panem Walkiem, operatorem koparki. Był w formie. Niemal na wstępie opowiedział nam kilka sprośnych dowcipów. Dziewczyny były lekko zaskoczone, ale potem się śmiały ![]()
Szare iły niechętnie się dzieliły swoimi skarbami, ale udało się zebrać podobną ilość okazów, co poprzedniego dnia. Tomek S. zwany przez niektórych „Tomkiem”, albo „Sulejem”, znalazł następny ząb smoka. Był to miły akcent na pożegnanie, ponieważ Tomek wrócił do Warszawy popołudniu. Ekipa zmniejszyła się, ale wspólny czas zacieśniał świeże znajomości. Śmiech nas nie opuszczał. Na chwilę musiałem udawać poważnego i zorganizować spotkanie z uczestnikami. Trochę szantażu, zastrzaszania, innych sztuczek psychologicznych i udało mi się rozdzielić różne funkcje. O dziwo wszyscy „ochotnicy” „chętnie” wzieli wszystkie role jakie im zaproponowałem. Mimo, że było nas niewielu – ledwo 8 osób, zapotrzebowanie na funkcyjnych było duże.
Obóz potrzebował osoby zajmującej się sprzętem. Kwestia odpowiedniej ilości młotków, szpadli, klejów, kilofów i wielu innych rzeczy nie jest taka banalna. Jednego dnia zabrakło papieru, innego kleju. Dlatego wyznaczyłem do tego Kamila, który sam już prowadził niejeden obóz w Krasiejowie.
Samochodem Instytutu opiekuje się Marian. Zawozi nas na wykop i zakupy. Oprócz tego robi za duszę towarzystwa.
Hania zajęła się zaopatrzeniem. Osiem osób sporo je, do tego mają różne dziwne zachcianki np. lep na muchy.
Marlena segreguje i pakuje znalezione okazy. Ma wiele zagadek do rozwiązania. Nie wiedzieć czemu kości znajdujemy bez etykietek. Nie od razu człowiek odróżnia kość dicynodonta od kości smoka. Niektóre kości są tak dziwne lub niewypreparowane, że nie wiemy o nich nic poza tym, że są kośćmi. Marlena ma jednak spore doświadczenie i kości trafiają do odpowiednich pudełek. Przynajmniej staram się w to wierzyć
Utahraptor
III i IV dzień
Pod względem paleontologicznym dwa kolejne dni wykopalisk można zaliczyć do udanych. Z osadu wydobyliśmy moc maleńkich kostek ryb i gadów. Najwięcej skamieniałości wydobyła część zespołu wspomagana ramieniem koparki pana Walka. Nasze znaleziska choć być może niezbyt okazałe i tak sprawiły nam wiele radości tym bardziej, że ich odnalezienie okupiliśmy wielogodzinną pracą w palącym słońcu. Przed promieniami chroni nas, co prawda, zaprojektowana przez Tomka wiata, ale obawiamy się, że jej delikatna konstrukcja smagana porwistym wiatrem długo nie wytrzyma i wkrótce będziemy musieli z niej zrezygnować.
Wykopaliska w Lisowicach to oczywiście nie tylko praca w wyrobisku, ale także bujne życie obozowe wypełnione różnorakimi grami zespołowymi, zabawami i innymi swawolami ciągnącymi się do późnych godzin wieczornych. Co prawda niektóre z form tych aktywności skutkowały kontuzjami u kilku uczestników, ale na szczęście wszystkie te urazy okazały się niegroźne.
Czwartego dnia wieczorem do zespołu dołączyły dwie Kasie. Ich przybycie na pewno pozytywnie wpłynie na liczbę znajdowanych kości.
Tomek D.
V dzień
- z punktu widzenia jednej z Kaś, czyli perspektywy bardzo nieobiektywnej, której nie obcej są skrajności emocjonalne, uwidaczniające się głównie w żenującym zachowaniu w stosunku do niektórych uczestników wykopalisk (na które jednakże być może zasłużyli, ale nie mi to oceniać ;p)
W czwartek z samego rana, co nie powinno nikogo dziwić ruszyliśmy na miejsce kaźni, czyli stanowisko wykopaliskowe;p Porywisty wiatr szybko udowodnił, że skonstruowana wcześniej wiata bardziej nadaje się na plan teledysku Rihanny, niż jako ochrona przed słońcem. Skłaniałabym się wręcz ku stwierdzeniu, że zamiast ochrony przed czymkolwiek stanowiła raczej zagrożenie, dlatego zmarnowaliśmy pięć minut, jakże cennego czasu w terenie, aby ją zlikwidować.
Pod względem znalezisk dzień minął pomyślnie. Wykopaliśmy… ale czy to ważne na obozie wykopaliskowym?;p Szczerze mówiąc nie pamiętam, co znaleźli inni, bo byłam zbyt zaaferowana ucieczką przed kilofem, a później… Później znalazłam bardzo intrygującą kość, ale niestety jej druga połowa została zagubiona w czasie i przestrzeni, w związku z czym przez kolejne trzy godziny desperacko przekopywałam gruz. Meldują, że misja została niestety zakończona totalnym niepowodzeniem i obniżeniem morale, co zapewne przyczyni się do zmniejszenia efektywności mojej pracy w przyszłości aż do zera;p A może nawet produktywności innych, którzy są w stanie odczuwać jakąkolwiek empatię w stosunku do mojej skromnej osoby;p Tymczasem nasz zacny kierownik (Mateusz) przez pół dnia ściskał dłonie prezesów, kierowników i dyrektorów i zabawiać ich rozmową, dopóki nie odeszli. Z odwiedzinami przyjechał także profesor Dzik, wyznaczając nam na pożegnanie misję znalezienia artykułowanego szkieletu, a nie jakiegoś byle czego (czyt. tego, co do tej pory;p).
Co działo się w piątek po powrocie z terenu niestety nie pamiętam zbyt dobrze, za co odpowiedzialność ponosić mogą kłęby pary, którymi naćpałam się w łazience, tudzież pite przez połowę wieczoru piwo (upppsss, panie kierowniku, to chyba podlega cenzurze, prawda?;)). Mej uwagi nie uszło jednakże pojawienie się dwóch nowych uczestników w osobie Jakuba i Dawida, zwanego Bosmanem.
noetting
VI dzień
Kierownik wykopalisk (którego wszyscy kochamy;p) wraz z garstką wybrańców, o których zasługach nie muszę nikomu opowiadać, czyli z Marleną, Bosmanem i Jakubem oraz jego bolącą głową, a także Marianem w charakterze kierowcy, postanowił zrobić nalot na inną miejscówkę zwaną El Dorado, a potocznie Woźniki. Inni, niewtajemniczeni uczestnicy, by uniknąć wiązania oczu podczas podroży do tego miejsca, zostali pod pozorem odpoczynku, zmuszeni do katorżniczej pracy w bazie. Mi i Kasi, niczym Kopciuszkom przypadło w udziale szorowanie kuchni, a było to zajęcie prawdziwie parszywe, zważywszy na to, że zostałyśmy w ten sam dzień obarczone obowiązkiem pełnienia dyżuru. Na szczęście jesteśmy przystosowane nawet do najcięższych zadań, dlatego uwinęłyśmy się z tym raz dwa i resztę dnia poświęciłyśmy na opalanie na boisku;) W konsumpcji obiadu brutalnie przerwali nam uczestnicy zjazdu forum Diznozaury.com! co uniemożliwiło drogiemu kierownikowi napakowania żołądka, jak to ma w zwyczaju i nawet mi krajało się serce na widok jego niedożywionej osoby. Członkowie forum i inni zainteresowani wysłuchali kilku mini referatów, ja tymczasem żeby im nie przeszkadzać (bowiem mój brzuch domagał się pokarmu w bardzo głośny i niepokojący sąsiadów sposób) udałam się do kuchni. Wieczorem odbyło się ognisko dla niedobitków, których nie pochłonęły bez reszty ich laptopy, tudzież walka w kisielu, szumnie nazywana fight clubem;p Z tym kisielem oczywiście żartuję, z walką niestety nie;p
noetting
VII dzień
To niedziela, dzień wolny, w którym nie trzeba ani kopać ani sprzątać, ani w ogóle robić nic konstruktywnego, co zostało ochoczo wykorzystane przez wszystkich uczestników wykopalisk, nawet tych nawiedzonych;) Rano wyruszyliśmy w mocno uszczuplonym składzie na czterominutową pielgrzymkę do kościoła, która niestety wróciła do bazy w składzie jeszcze uboższym. Czytelnicy zapewne domyślają się, co miało wpływ na ten stan rzeczy, a tym którzy się nie domyślają podpowiem, że bynajmniej nie zjadł ich proboszcz, chyba, że w sensie metaforycznym ;p Wieczorem odbyło się natomiast kolejne ognisko w trosce o niezjedzone podczas ostatniego spotkania kiełbaski. Sobotni tajemniczy brak apetytu trzeba zapewne przypisać uzależnieniu od komputera (niektórzy muszą się do niego codziennie podłączać, inaczej marnie zginą, a przynajmniej tak uważają ;p) tudzież upodobaniu do nabijania sobie siniaków;) Tym razem jednak apetyt dopisał wszystkim, pomimo opowiadanych podczas konsumpcji niesmacznych żartów (na temat rzeczonej kiełbasy oczywiście;)) Bleee, do teraz czuję niesmak, choć kiełbaska była przednia
noetting
VIII i IX dzień (poniedziałek i wtorek)
Pod względem wykopaliskowym, choć pogoda dopisała, poniedziałek i wtorek minęły mi jałowo, bo przekopałam cały swój sektor i nie wydobyłam z niego absolutnie żadnej kości
Zamiast tego zorganizowałam na moim małym poletku kopalnię pirytu. Cały worek złota głupców leży sobie teraz beztrosko na stole i zastanawiam się, co z nim zrobić. Może pójdzie na Allego? ;p Hm… Wygląda na to, że jednak niekoniecznie, bo to po prostu nie opłacalne, chyba że komuś chce się gnać na pocztę i stać w kilometrowych kolejkach za marną złotówkę. Ale wracając do rzeczy – cypel nicości – nomen omen, nic dodać, nic ująć
Zła passa udzieliła się niestety także innym uczestnikom wykopalisk, którzy zamiast z kośćmi wracali z terenu z bólem mięśni. Na szczęście znalazła się na te niedogodności rada w osobie wykwalifikowanej fizjoterapeutki – mojej kochanej Kasi
Prędko pojawili się też inni amatorzy masażu, którzy braki w umiejętnościach nadrabiali entuzjazmem i gotowością do eksperymentów ;p
Wracając do kościobrania, na efekty swej pracy zdecydowanie nie musi narzekać Marta Tischer, udało jej się bowiem znaleźć ogromny, zachowany w konkrecji kręg dicynodonta. Poszczęściło się także Jakubowi. Z chałwy wydobył sporo drobnicy w postaci żuchwy, kręgu i tajemniczej kości szczękowej.
noetting
Dzień X (środa)
Zanim napiszę jak minął nam dzień, wspomnę może o zmianach jakie ostatnio zaszły w składzie osobowym naszego zespołu. W międzyczasie opuścił nas niestety Bosman z Gabrielą (Gabi przyjechała do Lisowic w weekend wraz z częścią ekipy z Krasiejowa) i Marian. Jednocześnie przybyły nowe osoby, takie jak Marta (co pewnie zostało zauważone, bo wczoraj o niej wspominałam;)), Daniel, Lama, Kornel i Ola, a Kamil zdążył wyjechać na weekend i wrócić.
Środowy ranek przywitał nas zimnem, wiatrem i pochmurnym niebem, a mimo to dzielnie wyruszyliśmy w teren. Tym razem chyba wszystkim dopisało szczęście. Ja znalazłam duży fragment kości płaziej oraz intrygujący ząb, a Kasia mały kręg. Najbardziej imponującym w moim odczuciu znaleziskiem może pochwalić się natomiast Kornel, wydobył bowiem z iłu wypasiony ząb Smoka.
Po terenie oddaliśmy się jak zwykle słodkiemu lenistwu. Nie zabrakło kolejnych sesji masażu, emocjonujących dyskusji o fantastyce, gry w bilard i piłkarzyki, a także ogniska dla wybrańców, którzy go nie zbojkotowali;) [nie wiedzą, co stracili oddając się w tym czasie grze w Świteziankę, zwaną inaczej Bękartami wojny].
noetting
Dzień XI (czwartek)
Dziś nie będzie ironicznie, zamiast tego pozwolę sobie na nieco refleksji.
Dla mnie, Kasi, Marleny, Kamila i Jakuba czwartek to niestety ostatni dzień wykopalisk w Lisowicach. Miałam wracać do domu wieczorem, bo z powodów osobistych muszę być w piątek w Katowicach, a jednak jakieś dziwne, wszechogarniające COŚ kazało mi wykorzystać czas aż do samego końca, do maksimum. To właśnie dlatego zdecydowałam się ostatecznie wyjechać w piątkowy poranek, na dodatek pociągiem, pomimo rozmiarów swojego bagażu (tak, wiem, że za dużo wzięłam, ale byłam przekonana, że w obie strony zabiorę się burżujsko samochodem; jakiś facet zwrócił mi nawet uwagę, że z taką walizką to mogłabym jechać do Afryki HA-HA-HA, mógłby mi raczej pomóc, a nie śmiać się ;p).
W chwili, w której to piszę, siedzę w pociągu powrotnym z Opola do Gliwic i ze słuchawkami na uszach oraz zeszytem opartym o kolano zastanawiam się jak najlepiej przelać na papier wszystkie kotłujące się we mnie odczucia. Nie wiem, czy ktoś, kto nigdy nie był na takim obozie jest w stanie zrozumieć, co w tej chwili czuję. Dosłownie przed sekundą minął mnie konduktor z kubkiem kawy i na mój widok rzucił z bananem na twarzy: „O, jaka marzycielka!”. A więc jestem marzycielką… Tak, z całego serca marzę w tej chwili o tym, aby to się nigdy nie skończyło. I nie muszę, mam nadzieję, nikomu tłumaczyć, co kryje się pod słowem „to”.
Zawsze, gdy jadę na wykopaliska niezwykle intensywna obozowa rzeczywistość przenika mnie do tego stopnia, że Lisowice (czy Krasiejów) stają się nagle całym moim światem, a wszystko inne wydaje się odległe i nierzeczywiste, niczym wspomnienia z innego życia. Żegnając się ze wszystkimi i wsiadając do pociągu, czułam się więc jakbym powiedziała „do wiedzenia” całemu światu, tudzież jakbym zżarła czerwoną pigułkę Morfeusza i pożegnała się z Matrixem. Mam wrażenie, jakby ktoś po prostu nadepnął mi na serce. Ludzie, atmosfera, godziny spędzone na kopaniu, emocjonujących rozmowach i grach… Nie sposób o tym zapomnieć, nie sposób się tego wyrzec, dlatego wracam tutaj rok w rok, dopóki pozwala mi na to brutalna rzeczywistość. Wracam, żeby na te kilka tygodni w roku przeżyć kolejną wielką przygodę, poczuć, że żyję, zmordować się na wykopie i zrobić bałagan, na który nikt nie będzie krzywo patrzył. Zajadając jeden z naszych ukochanych batoników musli, pragnę w tym miejscu podziękować wszystkim uczestnikom wykopalisk, którzy sprawili, że na ten jeden krótki (zdecydowanie za krótki!) tydzień, Lisowice stały się dla mnie centrum wszechświata.
No, to pora się obudzić.
Aha, żeby szanowny pan kierownik;) nie miał do mnie żalu o to, że spamuję na blogu łzawymi emo-przemyśleniami i na tym się kończy, pragnę nadmienić, że wczoraj, tzn. w czwartek udało nam się znaleźć wiele drobnych kości, a poszukiwania umiliła nam piękna, słoneczna pogoda. Wieczorem natomiast urządziliśmy sobie seans filmowy z prawdziwego zdarzenia tj. z rzutnikiem i popcornem (mniam!
). Repertuar co prawda był dość ciężkostrawny („Fish Tank”), szczególnie jak na późną godzinę, ale sądzę, że warto czasem dla zdrowia obejrzeć coś ryjącego psychikę;)
noetting
Dzień XII (piątek)
Wykopaliska w Lisowicach trwają w najlepsze. Skrupulatne przeczesywanie ton osadów męczy jednak nawet największych trwadzieli wśród lisowickich poszukiwaczy skamieniałości. Po skończonej pracy w wykopie zasadne było więc pragnienie odświeżenia umęczonych ciał w orzeźwiających wodach pobliskiego jeziora. Dotarcie do celu które miało nam zająć 15 minut trwało jednak sześć razy dłużej. Przyczyn tak znacznego opóźnienia można upatrywać w braku wsparcia ze strony autochtonów którzy zapytani o drogę prowadzili nas na manowce. Liczne skręty, a to w lewo, a to w prawo, a to dwa razy w lewo, raz w prawo, za stodołą prosto, sprawiły, że nasza trasa dłużyła się niemiłosiernie. Można odnieść wrażenie, że wszystko sprzyciężyło się przeciwko nam. U kresu naszej podróży drogę zablokował nam walec drogowy. Szalę goryczy przepełnił widok który ujżeliśmy gdy po wielu trudach dotarliśmy do celu. Całe jezioro było porośniętę glonami. Perspektywa kąpania się w gęstej, cuchnącej brei nie była dla nas zbyt urzekająca więc z wielkim rozgoryczeniem postanowiliśmy wrócić do bazy. Całe szczęście, że koło naszego miejsca noclegu znajduje się mały staw hodowlany. Po wielu perypetiach mogliśmy wkońcu zażyć kąpieli. Śmiechu nie było końca. Budowanie piramidy z ludzi, walki na barana, skoki, podtapianie i wiele wiele innych zabaw sprawiło, że dwunasty dzień wykopalisk sprawił nam wiele, wiele radości!
Tomek D.
Dzień XIII (sobota)
Tradycją wykopalisk w Lisowicach jest to, że przynajmniej raz odwiedzają nas uczestnicy wykopalisk z Krasiejowa. Tym razem pozwoliliśmy sobie na mały żart wobec naszych gości. Ja i Daniel wcieliliśmy się w rolę dwóch tajemniczych Egipcjan którzy, korzystając z programu Erazmus, przybyli z do Polski z odległego Luksoru. Krasiejowiakom przedstawiliśmy się więc jako Omar i Mohamed i „bardzioo śłabo mówimu polski” Między sobą rozmawialiśmy po arabsku (co było dosyć trudne ponieważ nie znamy tego języka). Pomocą służyła nam Jasmina biegle władająca tym trudnym językiem. Co jakiś czas zwracała się do nas posługując się skomplikowanymi zdaniami wielokrotnie złożonymi na które odpowiadaliśmy mniej więcej tak: „aihnu hebe hebe bebe”. Załujcie że nie widzieliście ogromnego zdziwienia naszych gości gdy zegnając ich pod koniec dnia wyjawiliśmy, że chociaż po tygodniu spędzonym w palącym słońcu być może bardziej przypominamy Egipcjan to tak na prawdę jesteśmy Polakiem i Czechem. Śmiechu było co niemiara.
Podczas gdy my udawaliśmy arabów, w sali na górze trwała zabawa weselna. Wieczorem ruszyliśmy tam z Olą w roli delegacji z życzeniami dla Pary Młodej. Młodzi Państwo bardzo przyjęli nas bardzo cieple i zażyczyli nam owocnych wykopalisk.
Tomek D.
Dzień XV i XVI (poniedziałek i wtorek)
W poniedziałek rano pożegnaliśmy Mateusza po którym obowiązki szefa przejął Tomek. Z okazji święta pierwszy dzień tygodnia nie był zbyt męczący. W wykopie spędziliśmy tylko trzy godziny. Gdy pracowaliśmy czas umilał nam Lama. który sypał jak z rękawa dowcipami i anegdotami z Sanoka.
Następnego dnia do naszej cegielni zawitali paleobotanicy z Krakowa. Naukowcy byli zachwyceni lisowicką florą z późnego triasu. Po południu odwiedziliśmy z nimi jeszcze jedno stanowisko, prawdopodobnie triasowe. Niestety nasi goście nie mogli zostać z nami dłużej. Wracając do bazy, odwieźliśmy ich na pociąg powrotny do Krakowa. Wieczorem natomiast złożyliśmy rewizytę w Krasiejowie gdzie wysłuchaliśmy referatów uczestników tamtejszych wykopalisk. Podczas podróży PANnowską Białą Strzała wśród zbiorów muzycznych Mariana odkryliśmy płytę na której znajdowała się piosenka później obwołana hitem tegorocznych wykopalisk. Oto ona: http://www.youtube.com/watch?v=YBxmIe_05W0 . Bas podkręcony na maksa, otwarte szyby, zimne łokcie i gaz do dechy! Malina jedzieeeeemy!
Tomek D.
Dzień XVII (środa)
Dzień zaczął się bardzo dobrze. Na łysze koparki znaleźliśmy bardzo ciekawą kość, być może Smoka. Oby więcej takich znalezisk. Po pracy w wykopie zostaliśmy zaproszeni przez panie prowadzące bibliotekę w Lasowicach na kawę i ciastka w podzięce za zorganizowanie zbiórki książek. W zasadzie cały pomysł i realizacja zbiórki należały do Oli, ale nagrodzeni zostaliśmy wszyscy. W bardzo miłej atmosferze wypiliśmy kawę i uraczyliśmy się wybornymi domowymi wypiekami. To jednak nie był koniec niespodzianek. Miłe panie zaprosiły nas na ognisko! Beniamin przyniósł swoją gitarę i do późnej nocy przygrywał nam do największych polskich hitów ostatnich czterech dekad.
Tomek D.
Dzień XVIII i XIX (czwartek i piątek)
Dwa kolejne dni to ciąg dalszy wysypu kości spod koparki, tym razem należące do dicynodonta. Tomek znalazł na łysze przełamany fragment kości której dalszą część, w miejscu z którego pan Walek nabrał iłu, odnalazł Andrzej. Co to za kość? Tego dowiemy się po wypreparowaniu z osadu.
W piątek wieczorem znowu odwiedziliśmy Krasiejów. Tak jak ostatnio wysłuchaliśmy ciekawych wykładów uczestników obozu, a potem zorganizowaliśmy dyskotekę na świeżym powietrzu. Jako sprzęt grający posłużyła nam Biała Strzała. Hitem wieczoru było oczywiście http://www.youtube.com/watch?v=YBxmIe_05W0 . Potem nastrój stał się nieco bardziej akustyczny. Zgromadziliśmy się w baraku i śpiewaliśmy do dźwięków gitary. Co za wspaniały wieczór!
Tomek D.
Dzień XX (sobota)
W sobotę odwiedziliśmy inne triasowe stanowiska – np. Woźniki. W Woźnikach odnaleźliśmy kręg dicynodonta. Aż mi żal wracać do domu!
Tomek D.
Dzień XXI (niedziela)
Nastąpiła wymiana części skladu osobowego naszej grupy (doszło parę osób z wykopalisk w Krasiejowie). Ci, którzy zostali, relaksowali się na miejscu w Lisowicach, odbywali spacery po okolicy lub odwiedzili Opole. Niedziela to dzień, kiedy nie musimy pracować w palącym słońcu i możemy spędzać go w bardziej rozrywkowy sposób, co też każdy zrobił. Wieczorem wszyscy wspólnie rozpędzali czas na rozmowach przy ognisku bez ognia
Agnieszka i Renata
Dni XXII i XXIII (poniedziałek i wtorek)
Kopaliśmy, kopaliśmy i… kopaliśmy. Sierpniowe słońce dawało się niektórym we znaki. Poświęcenie nagradzały ładne kości ryby, co było dla nas motywacją do dalszego poszukiwania. Po trudach dnia, wychodziliśmy na dwór (nie na pole), aby posiedzieć przy dźwiękach gitary, rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych, a nawet mieliśmy okazję zobaczyć film „13. dzielnica”. Wtorkowy wieczór wykorzystaliśmy także do zwiedzenia lokalnej mordowni. Oddaliśmy się w niej typowo męskim rozrywkom – piciu piwa i oglądaniu meczu. Dziewczyny na szczęście od nas nie uciekły, dzielnie nam towarzysząc. W owych dniach nastąpiła kolejna wymiana składu.
Utahraptor
Dni XXIV i XXV (środa i czwartek)
Było nas coraz mniej… Ludzie topnieli z każdym dniem. W środę opuścili nas Czesi dręczeni różnymi dolegliwościami. Straciliśmy nawet gitarę… wraz z Benkiem, jej właścicielem. Pozostali starali się nadrobić swoim kopaniem braki w ludziach
Z początku musieliśmy się zadowolić rybnymi resztkami. Pod koniec kopania w czwartek, spod koparki, wyszło jednak parę ciekawych kości. Dalej nie mieliśmy czasu w tym miejscu kopać. Zobaczymy co wyjdzie jutro. Tego samego dnia przyjechali do nas Roksana i Piotrek, wzmacniając ekipę.
Utahraptor
Dzień XXVI (piątek)
To miał być po prostu kolejny zwykły dzień na wykopie. Większość przekopywała cypel nicości młotkami, parę osób uwijało się przy koparce. Szybko jednak w wyrobisku rozległ się krzyk. Straciliśmy obu Tomków i to jednego dnia! Ale zaraz, to było później. Najpierw koparka wyciągnęła wspaniałe kości dicynodonta i smoka. Wyciągaliśmy je niemal co chwila. Szczególne wrażenie zrobił kompletny kręg grzbietowy smoka wawelskiego. Znaleziskom dużych kręgowców towarzyszyły oczywiście… drobne kości ryb. Jedna z kości dicynodonta utknęła w dużym i twardym bloku skalnym. Ludzka ręka nie mogła jej stamtąd wyrwać… ale od czego mamy koparkę. Pan Walek, operator, wyciągnął delikatnie całość z dołu i umieścił na drodze. Nastała cała seria uderzeń łychą koparki. Skała pozostała nieugięta, a raczej niekrucha. Pojawiły się za to pęknięcia. Był to znak by zacząć okładać skałę młotkiem. Kolejne kawały odpadały od niej raz po raz jak suchary od Lamy. W końcu mogliśmy spakować kość w poręcznym pojemniku. O 15.00 bitwa o kości została zakończona. Łupy zaskoczyły nas zupełnie. Teraz mamy naprawdę dużo powodów, by kopać tu za rok. Jak już było wspomniane, ekipę opuścili solidarnie Tomasze, wracając samochodem do domów. Wieczorem mieliśmy film o studentach i ich prowadzącym oraz jak ich grupa się zmniejszała. Mimo to nie potrafiliśmy się identyfikować z głównymi bohaterami „88 minut”. Możnaby jeszcze wspomnieć o grze w Dixit, ale mi się nie chce.
Utahraptor
Dzień XXVII (sobota)
Rano opuścili nas Andrzej i Renata. Nie było to jednak ostatnie pożegnanie z Renatą, o czym napiszę lub nie kiedy indziej. Dzień w wykopie mijał leniwie, zwłaszcza bez koparki. Nie było z nami Piotrka i Roksany, którzy pojechali wiercić dziury gdzie indziej. W zaledwie cztery osoby znaleźliśmy tylko płytę zębową ryby dwudysznej i osteodermę plagiozaura. Tego dnia wieczorem w repertuarze mieliśmy klasyk: „Lot nad kukułczym gniazdem”. U Agnieszki zaczęły się pierwsze złowrogie oznaki tego co miało dopiero zdziesiątkować naszą grupę. Czy można zdziesiątkować grupę, która ma mniej niż 10 osób?
Utahraptor
Dzień XXVIII (niedziela)
Ta ostatnia niedziela nie była dniem odpoczynku. Rano cała ekipa zapakowała się do samochodu, uzbrojona w narzędzia i prowiant. Nawet Agnieszka, która prawie nie spała ostatniej nocy, wsiadła do Białej Strzały. Za kierownicą usiadł dzielny kierwyk Piotr i pomknęliśmy na dziki zachód. Pilotowała go niemniej dzielna Roxana z Tarnobrzega. Reszta na czas drogi oddała się w objęcia Morfeusza. Po kilku godzinach jazdy, gdy na horyzoncie zaczęły majaczyć pierwsze góry, zmieniłem kierwyka u steru pojazdu. Chyba pierwszy raz jechałem samochodem po górach. Biała Strzała rozpędzała się na stromych zboczach i wpadała na, powykrzywiane chyba przez diabła, zakręty. W żyłach czułem słodkie uczucie wyzwalanej adrenaliny. Musiały prowadzić nas anioły skoro bezpiecznie dotarliśmy na miejsce. Na miejscu okazało się, że Agnieszka wróciła do krainy żywych i była gotowa zmierzyć się z przygodą. Co innego Łukasz. Jego ciało z trudem dźwigało się z miękkich foteli Białej Strzały. Musieliśmy go tam zostawić. Nie był w stanie iść z nami dalej. Początkowo jednoczesna zmiana stanu zdrowia Agnieszki i Łukasza wydała nam się przypadkiem. Nie wiedzieliśmy, że są ze sobą ściśle związane. Niespodziewając się zagrożenia, ruszyliśmy pieszo w góry. Zanim dotarliśmy na stanowisko, musieliśmy przejść próbę asfaltu, pokrzyw i strumienia. W końcu utrudzonych wędrowców zastał widok pierwszego odsłonięcia. Było nieduże, ale i nas było niewielu. Wynik pozostawał niepewny. Błysnęły młotki, poleciały kawałki skał, lecz w rękach zostały tylko jakieś czarne roślinne gluty i płetwa permskiego śledzia. Wydawało się, że to koniec, gdy Lama rzucił się z całym impetem na ścianę, gdzie robiliśmy profil. Jego młotek wbił swój ząb w skałę. Lama dostrzegł na płycie jakieś czarne regularne kształty. Nie były to litery 3. rozdziału Księgi Rodzaju, lecz skamieniałe permskie rośliny. W przeciwieństwie do wcześniej znalezionych glutów nie były glutami. Wraz z roślinkami wyszło trochę rybich łusek. Misja wydawała się zakończona sukcesem, ale to nie był koniec. Dźwigając nasze zdobycze, podążyliśmy za Piotrem w górę strumienia. Przedzieraliśmy się przez dzikie gąszcze, stumienie pełne śliskich kamieni, by ujrzeć nowe odsłonięcie i nowe wyzwanie. Pilnowały go gruba żaba i martwy lis. Zapomnieliśmy o zmęczeniu i ruszyliśmy w koleiny bój. Tym razem zrezygnowaliśmy z broni ciężkiej (kilofa), za to młotki śmigały niczym dzioby rodziny dzięciołów szukającej korników. Skały nie chciały zdradzać swoich tajemnic, więc zabijaliśmy je po kolei. Po dłuższych trudach na powierzchni jednej z nich zauważyłem coś tak dziwnego, że aż postanowiliśmy to zabrać. Piotr i Roksana walczyli w międzyczasie z trzecim odsłonięciem, lecz zmuszeni byli się wycofać. Dzień się powoli kończył, a z nim kończył się nasz czas. Czekała nas długa podróż powrotna. Zdobyczne skały z naszej chluby stały się naszym przekleństwem, gdy zaczęły uginać się pod nimi nasze ramiona. U kresu naszych sił dojrzeliśmy biel naszej Strzały. Dotarliśmy do bazy długo po zmroku. Nasze oczy ucieszyły się na widok łóżek, nasza skóra uradowała się na uczucie ciepła. Nasz mędrzec DalejLama podsumował ten dzień tak: Trzeba być wariatem by jechać 300 km po jeden głaz. Wydawało się, że to koniec naszych trudów, ale Piotra również zaczął boleć brzuch… [Wykopaliska\Lipie 2011\II\100_7608]
Utahraptor
Dzień XXIX (poniedziałek)
Ze względu na słaby stan psychofizyczny grupy, dzien pracy rozpoczęliśmy później i w okrojonym składzie, a samochód między bazą a lekarzem kursował kilkakrotnie. Niestety, około południa pożegnaliśmy Łukasza.
Utahraptor
Dzień XXX (wtorek)
Wtorek rozpoczęliśmy bardzo wczesnym ponownym przyjazdem Renaty. Cały czas kopania upłynął nam pod znakiem najdłuższych i najbardziej abstrakcyjnych dowcipów jakie znamy, udalo się nam też znaleźć bardzo ciekawe rybie kości. Po południu rozegraliśmy mecz siatkówki różowym kucykiem Pony oraz zapakowaliśmy sprzęt i skamieniałości do samochodu.
Utahraptor
Dzień XXXI (środa)
Dopijamy zmrożone resztki z lodówki i napadamy na pociągi, czyli dzień jak co dzień. Piotr i Roksana pojechali wraz ze skamieniałościami samochodem. Niestety samochód padł i kości musiały zaczekać jeszcze kilka dni pod Lublińcem. Był to już ostatni dzień wykopalisk.
Utahraptor

” alt=”Marta z kręgiem grzbietowym dicynodonta” />