30. marca 2011
Siedzę właśnie z Niedźwiedziem, Sulejem i Frutem w Lisowicach. Jesteśmy na 4-dniowym wypadzie terenowym. Włóczymy się po różnych odsłonięciach triasowych w dość nowej Toyocie Corolli. Samochodzik bardziej na wyrywanie lasencji niż pokonywanie dzikich ostępów, ale jakoś dajemy radę. W większości odwiedzonych miejsc kości nie było, ba… czasami nawet kamieniołomu nie było, znaczy się był na mapie a w realu nie. Mapa pochodzi z mrocznego PRLu, więc pachnie propagandą, że niby u nas rozwój gospodarczy, jest wydobycie… na mapie… Dzisiaj nie było tak źle, w Woźnikach po przerzuceniu tony osadu znaleźliśmy 2 zęby fitozaura, parę niewyraźnych małżów i ślicznego konchostraka. A i jeszcze jakieś zielsko znalazłem, triasowe rzecz jasna
Pogoda straszna przez cały wyjazd – słońce, ciepło, lekki wietrzyk. Codziennie robimy sobie ognisko na jednym z odsłonięć i pałaszujemy kiełbaski. Nic dziwnego, że nikt więcej nie chciał z nami jechać
Jutro dalej pomęczymy polski Kajper, może coś z niego wyciśniemy więcej?
A po co ja to wszystko piszę? Łukasz mnie jakiś czas temu truł, bym coś tu naskrobał, więc niech ma na odczepkę. Po za tym miałem dzisiaj poczytać jakieś publikacje wieczorem, ale zmęczony jestem, szczęśliwy, ale zmęczony.
1. kwietnia 2011
Wyjazd zakończył się dosyć nieoczekiwanie, a w zasadzie to się nie zakończył… W piątek rozejrzeliśmy się po okolicach Lublińca. Niestety nie znaleźliśmy nic ciekawego. Pojechaliśmy zatem do stanowiska w Lipiu Śląskim. Frut ruszył na hałdę w poszukiwaniu drobnych kości pterozaurów. Grzegorz, Tomek i ja poszliśmy na miejsce, gdzie pracował spychacz. Zauważyliśmy, że duża część luźnego iłu została zepchnięta, odsłaniając, pierwszy raz od kilku lat, skały in situ. Wcześniej nie było do nich dostępu i nie mogliśmy ich przeszukać. Teraz nadarzyła się okazja… Poprosiliśmy pana Tadeusza o poruszenie skał w jednym miejscu spychaczem… Strzał w dziesiątkę! Bez trudu zauważyliśmy ogromną kość dicynodonta. Była grubości mojej nogi. Niestety tkwiła w twardym mułowcu. Z trudem podnieśliśmy cały blok we trzech. Wynieść ją z cegielni nie dalibyśmy rady. Na szczęście pan Tadek zaoferował nam swą pomoc i wywiózł ją w kabinie spychacza. W między czasie Frut znalazł ząb ryby dwudysznej i kość innej ryby. Stanęliśmy w czterech i zaczęliśmy dyskutować. Odsłonięta skała znowu zostanie przykryta hałdą, bo w cegielni rusza produkcja. A tu spychacz ruszył skałę w jednym miejscu i wyszła kość. Co robić? Mieliśmy w piątek wrócić do Warszawy, a już jest późno. Trzeba by tu zostać i przekopać to miejsce. Tadek zaoferował, że rozryje nam tę skałę jutro spychaczem, ale zadzwoniliśmy po koparkę, będzie delikatniejsza. Tomek musi wracać, pozostali postanowili zostać tu dzień dłużej…
2. kwietnia 2011
Tego dnia mieliśmy znaleźć smoka. Rano zebraliśmy w miarę sprawnie. W cegielni byliśmy jeszcze przed koparką. Zaczekaliśmy na koparkę, wzięliśmy sprzęt i zeszliśmy na dół. Frut znowu się gdzieś zaszył na hałdzie w poszukiwaniu mniejszych kostek. Od czasu do czasu przychodził by nam pomóc. Grzegorz i ja przyglądaliśmy się skałom przekopywanym przez koparkę. Miejsce to znajdowało się pomiędzy dwoma nagromadzeniami kości smoka, które wydobyto w poprzednich latach. Dlatego nasze apetyty były ogromne. Na początku skały nie chciały nam ujawnić swoich sekretów. W końcu udało się je przekonać i Grzegorz znalazł kilka kości dicynodonta. Były to głównie żebra i jakieś niezidentyfikowane kości, prawdopodobnie coś nowego. Potem znów parę metrów kwadratowych bez rezultatu i w końcu ujrzałem duży brązowy obiekt. Była to kość udowa dicynodonta. Niestety niekompletna ale i tak robiła wrażenie. Kopaliśmy dalej. W pewnym momencie zobaczyłem jak koparka oderwała duży kawał kości ze skały. Krzyknąłem, by zatrzymać koparkę i podbiegłem. Łatwo wyciągnęliśmy ten kawałek z łychy koparki, ale to była tylko część kości. W podłożu tkwiła reszta, niestety zatopiona mocno w skale. Koparka zaczęła obkopywać kość z dwóch stron, potem próbowała wyszarpać z podłoża blok z kością. Kość była na tyle duża, że nie chciała wyjść w jednym kawałku. Skoro była taka uparta, to wzięliśmy ją na raty. Cała operacja zajęła ponad pół godziny. Okazało się, że była to kość ramieniowa dicynodonta. Miała około pół metra długości i ponad trzydzieści centymetrów szerokości. Niestety czas nam się skończył. Musieliśmy zakończyć poszukiwania. Po smoku ani śladu. Dorwiemy skubańca przy innej okazji. Łupy i tak były okazałe. Wieczorem zawiózł nas do Warszawy dr Gerard Gierliński, światowej sławy badacz tropów dinozaurów. Dlatego podróż upłynęła nam na wielu dyskusjach o dinozaurach, nowych odkryciach i o planach badawczych.